Ale jeśli wszystko gra i buczy, komputer szumi, kawa pachnie, a ty i tak nerwowo kręcisz się na krześle, to wiesz, że coś się dzieje. Doskonale to znam, lekkie poddenerwowanie i poczucie, że z niczym się nie wyrabiam, a nie wiem od czego zacząć. Często to nie ma związku z tym, że faktycznie zalegamy z realizacjami, ale czujemy dyskomfort, bo wpływają na nas rzeczy, które wcale nie muszą.
Zmień dzwonek w telefonie na łagodniejszy. Na taki, które nie wzburzy krwi, gdy klient zadzwoni, nie przestraszy. Może niekoniecznie melodia z Reksia, ale coś lekkiego, przyjemnego. Może salsa?
Jeśli masz taką możliwość, wycisz dźwięk domofonu, odłącz kabelek czy wyłącz dzwonek do drzwi. Osobiście nienawidzę, gdy ktoś dopnie się do dzwonka i dzwoni, dzwoni, dzwoni… pukanie to zdecydowanie przyjemniejsza opcja, ale kurier, ministranci, roznosiciele ulotek czy świadkowie jehowy nie muszą o twoich preferencjach wiedzieć. A zdenerwować mogą.
Weź w końcu posprzątaj to biurko! Praca w syfie męczy podwójnie. Ani nie możesz się skupić, ani wygodnie położyć łokci, ani nawet znaleźć spinacza, który akurat wziął się i schował. Nie męcz się. Podobno porządek na biurku to porządek w głowie. Nie mam nic przeciwko kreatywnemu chaosowi, ale jeśli czujesz stres – warto wypróbować każdy sposób, z kolorystycznym ułożeniem długopisów włącznie.
Sprawdź, czy cię nie ma po drugiej stronie drzwi. Serio. Idź na spacer, połaź na około bloku, pooddychaj świeżym powietrzem, zbierz myśli, wyłącz na 15 minut telefon. Kilka chwil sam na sam ze swoimi myślami pomoże ci ustawić priorytety. Wrócisz do domu i będziesz wiedzieć, co masz teraz zrobić, od czego zacząć i kiedy skończyć. Sprawdzone! :) W dodatku udowodniono (gdzieś czytałam, ale potwierdzam), że podczas spaceru najlepiej się myśli, a do głowy przychodzą najlepsze pomysły, więc tak naprawdę spacer można spokojnie zaliczyć do czasu pracy.
Spisz listę rzeczy do zrobienia. Mi listy bardzo pomagają na stres, porządkują pracę. W dodatku jeśli zrobię to kolorowymi cienkopisami, estetycznie, to rośnie moje poczucie harmonii i dobrze wykonywanej pracy. Tak to działa :)
Trochę to będzie banalne, ale napij się herbaty. Żadnej tam zielonej (chyba, że lubisz), ale takiej… ulubionej. W dużym kubku, jak w domu. Myślę, że to przywróci równowagę i przestanie mieć znaczenie, że spało się tylko 2 godziny, na komórce 3 nieodebrane połączenia, pies chce siku, ty chcesz siku i nie wiesz, czyje siku jest ważniejsze.
Keep calm and be a freelancer!
]]>
Wiecie, ile udało nam się zarobić na blogu? Po 2 tysiące, na głowę. I nie na kampaniach, ale na… zleceniach. Choć ten blog nie ma zakładki ,,współpraca”, ani nie odnosi do naszego portfolio, na mejla we@love2work.pl przychodzą do nas pytania.
To jeden z przykładów na to, że warto się pokazać, pisać o tym, co się robi. Bo to fajne jest :)
Dobrze jest prowadzić bloga, bo pracujesz nad sobą. Blog to też forma samorozwoju. Czytasz, piszesz, wymyślasz. Wpadają Ci do głowy różne pomysły, którymi dzielisz się z czytelnikami, a kto wie, czy czytelnikiem nie jest przyszły klient? Poszerzasz też wiedzę, przecież nie wiesz nawet połowy tego, co piszesz na blogu :) Dowiadujesz się z czasem:P
Masz bloga, więc… jesteś. Jesteś w internecie i w dodatku piszesz na temat, który interesuje kogoś, kto ma potrzebę i pieniądze na jej zrealizowanie. To, co wpisuje w wyszukiwarkę pokrywa się z tym, co piszesz na blogu. I gotowe, magiczne połączenie wprowadzi w wasze życia harmonię i miliony monet :)
Co powiesz, gdy ktoś zapyta, co kreatywnego ostatnio zrobiłeś? Że kawę, że tabelkę w exelu? Masz bloga, masz kolejnego plusa i może współprace życia przed sobą.
Albo co powiesz, gdy ktoś zapyta, gdzie można cię poznać? Yyyyy, na gadu gadu?
Dajcie się namówić i zakładajcie blogi. Bez znaczenia, co robicie, jak długo. I to nieprawda, że tylko eksperci mogą dzielić się wiedzą. Bzdura! Piszcie, co chcecie, pokazujcie, co robicie. I koniecznie w kontakcie zamieśćcie adres mejlowy :) Podobno się przydaje :)
Good luck, jak mawia Anja Rubik :)
]]>
1. Klient, który nie znając ceny od razu pyta, dlaczego tak drogo.
Tekst na dzień dobry: „Proszę napisać, ile to będzie kosztowało i dlaczego tak drogo” doprowadza mnie do szału. Pachnie cwaniactwem, pod kołderką poczucia humoru kryje się komunikat, że klient oczekuje wielogodzinnej pracy za kilka złotych. Mam wrażenie, że dla zasady, czy podamy niską, czy wysoką cenę, klient będzie niezadowolony. Po takim przywitaniu czuję się skrępowana i mam wrażenie, że moje umiejętności są z marszu podważane. Zastanawiam się, czy to tylko taki głupi żart, czy we współpracy będą zgrzyty. Nie przychodzi mi nic innego do głowy, jak odpisanie takiemu potencjalnemu zleceniodawcy, że moja cena jest taka i taka i tyle. A na wszelki wypadek podajmy kwotę zawyżoną o 20%, żebyśmy mogli z niej swobodnie zejść. Dla dobra ogółu :)
2. Klient, który wiesza psy na innych freelancerach.
Rozumiem konstruktywną krytykę. Rozumiem opisanie poprzednich doświadczeń po to, żeby nowa współpraca przebiegała lepiej. Rozumiem konkretne wyrażenie swoich potrzeb i efektu finalnego, jakiego klient oczekuje. Nie czuję się jednak komfortowo jak słyszę „wszyscy poprzedni graficy to darmozjady, lenie, oszuści”. Wrzucanie freelancerów do jednego worka pełnego krytyki, zamiast wprawić mnie w dobry nastrój, bo przecież ja jestem wyjątkowa i cudowna na ich tle, budzi moje wątpliwości. Czy ja nie trafię potem do takiego worka? W takim przypadku zadaję pomocnicze pytania – niech klient wyjaśni dlaczego tak uważa. Może rzeczywiście 100% osób, z którymi pracował było nieterminowych, albo w inny sposób nie wywiązało się z ustaleń? Nam pozostaje wyciągnięcie wniosków i albo przyjęcie zlecenia, biorąc pod uwagę poprzednie doświadczenia klienta, albo zrezygnowanie z niego.
3. Klient, który wykręca się od podpisania umowy.
Jeśli prosimy klienta o dane do umowy, bo chcemy mu ją wysłać do akceptacji, a on nie odpisuje, zmienia temat, wykręca się – ewidentnie nie chce poruszać tematu umowy, oznacza to, że trzeba być ostrożnym. W takim przypadku KONIECZNIE musimy ją podpisać przed przystąpieniem do pracy, bo grozi nam to, że klient się wycofa w połowie, albo nie zapłaci w terminie, albo nie będzie trzymał się ustaleń. W końcu, jakby miał czyste sumienie, umowa by go nie przerażała, tak? Ja wtedy wysyłam tekst umowy, proszę o uzupełnienie brakujących danych i…zapominam o sprawie. Jak klient się odezwie z uzupełnioną umową – będziemy mogli wrócić do tematu. A jak nie – zajmuje się czyms innym i nie zawracam sobie głowy.
4. Klient, który od razu podejrzewa, że zostanie oszukany.
No bardzo mi przykro. Naprawdę, bo to oznacza, że klient miał kiepskie doświadczenia i jest uprzedzony do współpracy z innymi, także z freelancerami. Co to dla nas oznacza? Że będziemy bacznie obserwowani, że z góry stosunek do nas i naszej pracy będzie raczej negatywny. To bardzo niekomfortowa sytuacja i tylko od „fajności” zlecenia zależy, czy je weźmiemy, czy nie. Opcja obowiązkowa w tym przypadku to bardzo szczegółowa umowa, która zabezpiecza obie strony oraz terminowość i trzymanie się ustaleń. Bądźmy wyjątkiem od reguły, czyli dowodem na to, że można współpracować bez oszukiwania :) Albo nie bierzmy zlecenia, jeśli nie chcemy się denerwować i ciągle być na baczności.
5. Klient, który uważa ceny za wygórowane, choć tak naprawdę są bardzo atrakcyjne.
Bardzo, bardzo tego nie lubię. Wyceniam moją pracę na podstawie doświadczenia, na podstawie szacowanego czasu, poświęconego na realizację. Jeśli na moją wycenę klient reaguje stwierdzeniem, że drogo, że ktoś inny wycenił dużo mniej, dla mnie sprawa jest jasna – dziękuję bardzo i zapominam o sprawie. Czy ten klient oczekuje, że ja, z obawy przed utratą klienta, przeproszę go za moje złe zachowanie i zbyt wysokie ceny, po czym oczywiście obniżę stawkę o połowę? Tu zapala mi się od razu ostrzegawcza lampka. Taki klient grozi obniżeniem poczucia własnej wartości (chcesz za dużo = Twoja praca nie jest tyle warta), a na tym mi nie zależy.
6. Klient, który ignoruje, bądź nie wypełnia konkretnie wysłanego do wypełnienia briefu.
Ten przypadek jest dosyć częstym rodzajem klienta. Wypełnienie szczegółowego briefu to czas, który klient musi poświęcić, to często trudne zadanie, bo wymaga konkretnych odpowiedzi i świadomości co on tak naprawdę chce. A zdarza się, że nie wie do końca czego oczekuje, ale „ma być ładnie”. Zignorowanie briefu, lub pobieżne wypełnienie to dla mnie sygnał, że klient nie do końca wie, czego chce, że może dużo razy zmieniać zdanie, że ustalenia będą się same modyfikować w zależności od tego co na daną chwilę podoba się klientowi. A to dla freelancera jest nie do przyjęcia, chyba, że ma za dużo wolnego czasu i nieograniczone pokłady cierpliwości :) Co zrobić w takim przypadku? Zadawać dodatkowe pytania, oczywiście drogą mailową – wypytać o wszystko, co nie zostało zawarte w briefie. Do tego koniecznie umowa mówiąca o ilości poprawek wliczonych w cenę.
7. Klient, który wie wszystko najlepiej.
Tak, uwielbiam takich. Oczywiście świadomy klient to skarb, bo lubię ludzi konkretnych, to wszystkim ułatwia pracę. Problem pojawia się wtedy, kiedy klient nie bierze do głowy naszej wiedzy, doświadczenia, natomiast szuka „operatora programu graficznego” (w moim przypadku). Wtedy ja przestaję być grafikiem, a zostaję kreślarzem, przedłużeniem myszki / tabletu. Efekt, nawet jeśli jest zadowalający dla klienta, nie jest dla nas. To są projekty, którymi zazwyczaj nie chcemy się chwalić. Mamy 3 wyjścia. 1 – łagodnie tłumaczyć i przekonywać, używając całej dyplomacji, na jaką nas stać. 2 – zrobić swoje i wziąć pieniądze. 3 – zrezygnować z rozpoczętego zlecenia. Ja, w obliczu klienta nr 7, zazwyczaj praktykuję sposób pierwszy, natomiast do czasu. Jeśli widzę, że nic nie wskóram – wybieram bramkę numer 2 – kończę projekt zgodnie z oczekiwaniami klienta i wystawiam fakturę, po czym zapominam o sprawie.
Drodzy freelancerzy – ocean, czyli rynek, jest pełen dziwnych ryb, rekinów, płaszczek, meduz i innych mniej, lub bardziej nieprzyjemnych okazów, czyli klientów :) Nie musimy rezygnować z każdego, kto spowoduje zapalenie się ostrzegawczej lampki, bo pójdziemy z torbami i nie będziemy mieć nawet na obowiązkową kawę w kawiarni (przecież freelancerzy ciągle piją kawy w kawiarniach). Warto mieć po prostu świadomość różnych scenariuszy i się do współpracy odpowiednio przygotować. Powodzenia :)
E <3
]]>
Co jak co, ale taksówkarze to osoby, które, jak dobrze trafisz, opowiadają lepsze historie niż scenarzyści Klanu (a im dorównać trudno). Są ogromną inspiracją, szczególnie wtedy, gdy w czarodziejski sposób omijają korki i nasze dupsko jest uratowane, gdy spieszymy się na ważne spotkanie.
W taksówce możesz albo tępo patrzeć za okno, albo nie :) Ja zazwyczaj się wyłączam, myślenie też mi zwalnia. Im dłuższa trasa tym lepiej. Gdy wpadłam na pomysł tego posta, obiecałam sobie, że będę uważnym pasażerem. Nawet, gdy kierowcą będzie pan w dresie, pantoflach i skórzanej kurtce, dlatego, że:
- powinnam zawsze pamiętać, że ,,klient nasz pan” i ,,zawieść” go, gdzie tylko chce. Oczywiście korzystając ze zdrowego rozsądku, znanych mi tras. I zawsze zasugerować najlepszą drogę :)
- konkrety, moi mili! Terminowość ważna rzecz – klient zamawia, klient ma. Pod domem!
To tyle. Dwie rzeczy na dziś. Więcej zapamiętać nie musicie, choć to i tak podstawa, na pewno to wiecie.
Jeśli macie jeszcze jakieś słuchy, co freelancer może podpatrzeć czy podsłuchać u taksówkarza, dajcie znać w komentarzach! :)
M <3
]]>
NIE CZEKAJ
Aż wpadnie Ci zlecenie życia… samo. Wiadomo – są zlecenia różne, ciekawsze, te mniej lub wcale. Ja naprawdę na tym etapie mam szczęście do fajnych zleceń, ciekawych projektów, ale wciąż zdarza mi się mieć problemy ze zrozumieniem klienta, bądź ciężko mi iść z nim na kompromis w sprawach estetycznych :) To, co mogę zrobić, to wynieść z każdego zlecenia jak najwięcej. Mogę nauczyć się kontaktu z trudnym klientem, mogę ćwiczyć cierpliwość, mogę chociażby wynieść po prostu pieniądze. Mam na myśli to, że czasem, czekając na ten złoty telefon od złotego klienta ze złotym zleceniem, trochę lekceważymy te mniejsze zlecenia, nie do końca takie, o jakich marzymy. Olewamy i się źle z tym czujemy, niespełnieni, niedocenieni. A można nie czekać, tylko wziąć sprawy w swoje ręce, samemu poszukać zlecenia, napisać do firmy, dla której chcielibyśmy pracować, napisać do osoby z branży, którą podziwiamy, z propozycją wspólnego projektu. A w międzyczasie, czekając na rezultat naszych działań – dać z siebie wszystko i nauczyć się jak najwięcej z tych zleceń, które już mamy. Gwarantuję, że to, co poczujecie, to wielka satysfakcja i poczucie mocy, i tego, że działacie.
Jeśli mamy pracowe marzenie i wiemy, co zrobić, żeby je zrealizować, to naprawdę nikt tego za nas nie zrobi. O!
NIE CZEKAJ
Aż konkurencja i sytuacja na rynku wymusi na Tobie dokształcenie się, doszkolenie, wymianę sprzętu. Zmieniaj się na lepsze dla siebie i swoich klientów. Ale myślę, że przede wszystkim dla siebie.
NIE CZEKAJ
Aż ktoś inny zrealizuje Twój genialny pomysł na biznes. Zajmij się tym TERAZ! Chyba nie ma nic gorszego niż bycie świadkiem wspaniałego rozkwitu biznesu, na który sami mieliśmy pomysł, tylko… trochę zaspaliśmy. To jest mój słaby punkt – pracuję nad sobą, nad tym, żeby realizować swoje pomysły, nie tylko o nich gadać! Jak sobie przypomnę, ile fajnych projektów chodziło mi po głowie i jak widzę, jak te same pomysły realizuje z powodzeniem ktoś inny to… nie, nie skręca mnie z zazdrości, raczej ze złości, że zmarnowałam szansę.
Obiecałam sobie, że projekt, nad którym teraz pracuję, nie zostanie potraktowany po macoszemu w wyniku braku czasu, ciąży, dziecka czy miliona innych ważniejszych rzeczy. Bo sam jest bardzo ważny. Może dlatego ten post jest mi taki potrzebny? Im więcej osób wie o postanowieniu, tym trudniej jest z niego zrezygnować. Zatem jeśli w ciągu 6 miesięcy nie przeczytanie tutaj o żadnym, związanym ze mną, dużym projekcie – możecie mi narobić wstydu dopytując w komentarzach :)
E<3

]]>
To co robiłeś do tej pory, że nie wiesz, co chcesz w życiu robić? Chyba, że nic nie jest w stanie Cię usatysfakcjonować na tyle, by się temu poświęcić bez reszty. Tak też może być.
A tak szczerze, to czasem się nie wie. Czasem nie ma się zajawki trwającej od podstawówki, czasem nie chce się robić tego, w czym jest się dobrym, bo nudno się zrobiło. Albo jest to nieopłacalne. Albo i jedno, i drugie.
Jak znaleźć coś, co nada sens życiu? Coś, co będzie pasją i pracą, pozwoli żyć w splendorze, luksusie i chwale? I przy okazji spowoduje uśmiech zadowolenia i satysfakcji?
PRÓBOWAĆ różnych rzeczy. UCZYĆ SIĘ nowych rzeczy. Dawać sobie SZANSĘ.
Można iść na całość. Wyjechać do Barcelony, szukać pracy nie znając języka, mieszkać z obcymi ludźmi, którzy mogą okazać się kopalnią inspiracji i motywacji. Można rzucić z dnia na dzień swoje dotychczasowe życie i zacząć od nowa w zupełnie nowej rzeczywistości. To ekstremalna sytuacja. Dla zdesperowanych albo bardzo zdeterminowanych. Ale to jest myśl.
Moim zdaniem, jeśli naprawdę nie wiesz, co chcesz w życiu robić… zacznij robić cokolwiek. Przynajmniej się dowiesz, czego nie chcesz robić, co Cię nie kręci. Ale żeby to wiedzieć, trzeba najpierw coś zrobić. Banał, prawda?
Co chcą w życiu robić, wiedzą te osoby, które:
a) Mają szczęście i ,,sens” padł im do stóp zupełnie za darmo.
b) Są pracowite i nie marnują czasu na czekanie.
c) Są cierpliwe i dużo się modlą wierząc, że kiedyś trafi ich dziki szał zwany połączeniem pracy i pasji. Z tym jest jak z wygrana w dużego lotka. Zdarza się :)
a, b czy c, co wybierasz?
Z życzeniami powodzenia w robieniu czegokolwiek
M <3

]]>