Siedzę właśnie w Lublinie w fajnym miejscu, nazywa się Ostro. Siedzę z Basią na piętrze przy dużym drewnianym stole, wiatrak chodzi, chilli zet to naprawdę dobry wybór na dziś. Miły Pan przynosi gazowaną wodę z lodem, miętą i cytryną, Wifi śmiga. Nigdzie mi się nie spieszy, ciekawie zerkam w kartę dań, bo może mi się zachce zaraz wrapa albo sałatki z kurczakiem. Albo ciasta z owocami sezonowymi, hmm…
Stać mnie, kto bogatemu zabroni?
A gdyby nie było mnie stać na kawę raz na jakiś czas w kawiarni? Przecież to nie jest powiedziane, że freelancer to ktoś, kto śpi na kasie.
A gdybym nie mogła wynająć biurka w biurze coworkingowym?
A gdybym nie mogła kupić oryginalnego programu graficznego czy oryginalnego pakietu Office?
A gdybym nie mogła sobie pozwolić na kursy czy szkolenia podnoszące moje kwalifikacje?
A gdybym…
To byłaby lipa, żeby nie napisać dupa.
Pamiętam, jak zaczynałam swój freelance-style kilka lat temu. Nie miałam nawet na bilet, żeby pojechać do miasta na spacer! Wszystko, co udało mi się zarobić (a na początku moje stawki był wprost proporcjonalnie do mojego zmysłu biznesowego, czyli mikroskopijne), ładowałam w opłaty i w zus. Koszmar. Zero motywacji. Ciągłe pytanie w głowie, co ja najlepszego zrobiłam? I umówiona rozmowa kwalifikacyjna w sklepie papierniczym na drugim końcu miasta…
Dziś wiem, że mogłam to inaczej obejść. Coś ze sobą zrobić. Ale jak widać, musiałam zdobyć doświadczenie na wielu polach, by móc dziś tego posta napisać.
Emilka trzy lat temu pracowała w gromadzie…w swoim własnym salonie. Duży stół, kilka krzeseł i internet – tak wyglądały chyba początki każdego biura coworkingowego :) W każdym razie chciałam zaznaczyć, że nie o kasę chodzi – można obejść się bez. Można obejść się bez kawy na mieście i wbić się do kogoś na espresso, i przy okazji omówić wspólne zlecenie. Można zrobić piknik na trawie i wziąć kawę w termosie. Można wyszukać darmowe (a w większości takie właśnie są ) spotkania networkingowe, poranki kreatywne, warsztaty. Aplikacje i różne programy mają w większości darmowe okresy próbne – to też jest jakaś opcja, może nie na dłuższą metę, ale zawsze! Stronę w internecie też możecie mieć darmową, na przykład na wordpresie.
Od czegoś trzeba zacząć, żeby się dorobić tej kawy na mieście :)
Tak sobie myślę, że były mi potrzebne te chude lata, by teraz docenić to, co mam. Ale Wy możecie inaczej. Niektórzy przecież żyją całkiem za darmo! Znacie foodsharing? W każdym razie w swoim tanim freelancie idźcie na całość i wykorzystajcie swoją wyobraźnię, bo macie ją w pakiecie, za free.
Jak nie kawa na mieście to kawa na trawie. Jak nie biuro coworkingowe to coworking w salonie. Jak nie studia zaoczne to darmowe kursy i networkingi. Jak nie www i serwer to blog na wordpresie. Jak nie auto to rower…
Macie jeszcze jakieś przykłady? :)


















5 Comments
„Wszystko, co udało mi się zarobić (a na początku moje stawki był wprost proporcjonalnie do mojego zmysłu biznesowego, czyli mikroskopijne), ładowałam w opłaty i w zus. Koszmar. Zero motywacji. ” W sedno uderzyłaś, chyba każdy od tego zaczynał. Albo ręka mu drżała jak wystawiał pierwszą fakturę o równowartości czyjejś pensji i nie mógł uwierzyć – to dla mnie? Nie wypada! :)
Moje bycie freelancerem polega na tym, że jednego dnia mogę podjechać samochodem do kawiarni na kawę, a zaraz potem zjeść obiad na mieście i opłacić ratę studiów podyplomowych bez mrugnięcia, a kilka dni później jeżdżę rowerem nawet w deszcz, muszę pilnie pożyczyć od kogoś na ZUS, a kawę oszczędnie zaparzam w domu :D Oczywiście przesadzam, ale wciąż zdarzają się momenty suszy, na które nie jestem przygotowana i wciąż obiecuję sobie, że to już ostatni raz. Pozdrawiam :)
A jak obejść ta kawę na trawie i rower zamiast samochodu?:-p
[…] też linki do przydatnych postów na temat freelancingu. Jak być freelancerem bez kasy radzi ekipa Love2Work, Kasia z theowner.co dzieli się swoimi doświadczeniami na temat pracy w […]
<3