Freelancer to stworzenie, które zdecydowanie powinno mieć trochę w zapasie dystansu i pokory.
Poniedziałek. Wstaję rano, ogarniam, robię listę to do. A w planie to, co lubię najbardziej, czyli ,,wezmę laptopa i pójdę do Costy’’. Zazwyczaj tak jest, jak mnie nosi i wiem, że w domu nic dobrego nie stworzę. W kawiarni idzie mi o niebo lepiej, kwestia zmiany otoczenia.
Kłoda pod nogi nr 1 – kolejka. Szlag mnie trafił, gdy musiałam stać 20 minut w oczekiwaniu na zwykłą i poczciwą cafe latte. Zerkałam tylko co jakiś czas, czy moja miejscówka jest jeszcze wolna. Każdy mięsień mi drgał gotowy do skoku, gdyby w okolicy ulubionego stolika ktoś się przyczaił. A że to ulica Długa w Gdańsku – miałam dość poważną konkurencję.
Who’s the winner? Me!
Sukces jednak nie trwał długo…
Kłoda pod nogi nr 2 – mój komputer ma duszę, myślę, że to mężczyzna z permanentnym PMS-em. Miewa fochy i totalnie niekontrolowane fazy aktualizacji. I właśnie chyba zupa była za słona albo kawa za zimna, bo skubany aktualizował się bitą godzinę. Gdybym mogła, nogi z tyłka bym powyrywała, atak nawet nie mogłam kabla wyciągnąć, bo zabronił… Dobrze, że miałam notes, inaczej z mojego freelancerskiego wyjścia byłaby totalna klapa.
Kłoda pod nogi nr 3 – net jak krew z nosa. Ja rozumiem, że wakacje, powietrze stoi i sieć w powietrzu ma trudniej, by dotrzeć wprost do mojego kompa. Ale błagam! Więc wyszło na to, że nie dość, że straciłam czas w kolejce, potem czekałam, aż mojemu komputerowi przejdzie faza focha, to później by odpalić pocztę… czekałam, czekałam, aż mnie trafił szlag.
Wypiłam zimną kawę do końca i poszłam do domu… popracować w końcu. Choć z poczuciem, że wracam na tarczy, bo w notesie miałam notatki na wagę złota. Tak przynajmniej to sobie tłumaczę
fot. Michalina Pryśko



















2 Comments
Świetnie to opisałaś :) ja jednak nie potrafię pracować poza domem (chyba że robię szkice i notatki w pokoju hotelowym na jakimś wyjeździe) :)
I dobrze sobie wytłumaczyłaś!