Wstyd, a freelance. Czy te dwa terminy mają ze sobą coś wspólnego? No jasne! Ja wstydziłam się nie raz. Nie tego, jak zły projekt zrobiłam, czy dlatego, że coś mi nie wyszło… Satysfakcja z pracy czy pieniądze, co jest ważniejsze?
W karierze każdego freelancera, przynajmniej na początku, zdarzają się zlecenia z kategorii „granie do kotleta”, czyli zlecenia, których nie mamy ochoty robić, które kompletnie nie mają nic wspólnego z naszymi oczekiwaniami, poczuciem estetyki, czy wiedzą jak dana rzecz powinna zostać zrobiona. Przynoszą za to pieniądze i jest to główna wartość tych zleceń.
Czy klient ma zawsze rację?
Jestem za pan brat z projektami z powyższej kategorii. Klient ma wizję, klient nie słucha, klient wymaga i żąda. W takich przypadkach przy życiu trzyma mnie tylko wizja szybko zrealizowanej faktury. Nie muszę mojej boskiej pracy nikomu pokazywać, prawda? Banery w milionie kolorów, plakaty imprez, które po wielu poprawkach klienta przypominają weselny bufet o 6 rano, ulotki, które chyba nie są w stanie nikogo zachęcić do niczego. Nikt nie lubi takich zleceń, ale co jakiś czas się zdarzają. Jak sobie z nimi radzić? Jeśli wraca ten sam klient i wiadomo jakie będą oczekiwania – można odmówić, choć to nie zawsze jest opcja, jak potrzebujemy pieniędzy. Jeśli to nowy klient i nie wiemy czego się spodziewać – jak to mówią? Kto nie ryzykuje nie pije szampana? Można wysłać nowego klienta do portfolio i jasno dać do zrozumienia jaki styl preferujecie, można na początku zasygnalizować, że ekspertem w tej dziedzinie jesteście wy i przewidujecie jedynie drobne ingerencje w projekt/zlecenie, możecie też po prostu wziąć kasę, odbębnić to, co trzeba i potem z czystym sumieniem napić się wina za zdrowie klienta. Takie akcje to chyba standard w życiu freelancera. Ja życzę sobie wciąż i wciąż takiego poziomu, w którym to ja dyktuje warunki. Dążę do tego.
A jak mają inni? Co myślą o zleceniach, które nie dają satysfakcji, za to dają pieniądze?
W idealnym świecie pisałabym teksty piosenek, które nuciłby cały kraj, układałabym slogany, które wygrywałyby konkursy i wtapiały się w polszczyznę jak cytaty z „Misia”; wydawnictwa biłyby się o możliwość wydania moich książek, a miliony kobiet zmieniałyby swoje życie w wyniku lektury moich artykułów w prasie lifestyle’owej – bo po to w końcu człowiek robi sobie z pisania zawód. W praktyce: wciąż jest mi wstyd, kiedy przypominam sobie niektóre swoje zlecenia. Oczywiście, można buńczucznie powtarzać, że utalentowany copy jest w stanie dobrze napisać nawet instrukcję obsługi płynu do mycia naczyń. Pewnie tak, ale zawsze należy pamiętać o zleceniodawcy, który często poza tematem narzuca też styl, na starcie obrąbuje siekierą granice swobody twórczej, a potem kastruje tekst kolejnymi poprawkami. Pisałam już za pieniądze o hot-dogach z prażoną cebulką, pisałam ogłoszenia o zakazie palenia na klatkach schodowych, pisałam już chyba o wszystkim i wielokrotnie cieszyłam się z tego, że nie jestem pod tekstem podpisana. Jak sobie radzić ze zleceniami, które wywołują w najlepszym wypadku rozdrażnienie, w najgorszym zaś zażenowanie? Można odrzucać, o ile nie ma się kota na utrzymaniu i kredytu do spłacenia. Trzymam się zasady, że nie sprzedaję godności tanio – jeśli do napisania jest coś naprawdę złego, powinno być to przynajmniej opłacalne. Powinno, ale nie musi – zdarzało mi się pisać tylko dla zdobycia wiedzy, umiejętności, dla sprawdzenia siebie, dla poznania czegoś nowego, często również po to, żeby udowodnić sobie i światu, że można słabe zlecenie dobrze zrealizować. Żadne zlecenie nie jest złe, jeśli rośnie od niego stan konta lub ego:).
Aneta Olkowska / ANOWA.PL
Nie każdy projekt musi być spełnieniem naszych marzeń. Być może, gdy ugruntujemy swoją pozycję zawodową, ale przede wszystkim finansową, możemy rezygnować z tego, co nas nie rozwija i nie przynosi satysfakcji, ale za to przyzwoicie zasila budżet. Jednak w przypadku, gdy każdy klient jest na wagę złota, warto takie zlecenia potraktować poważnie i wykonać je profesjonalnie. Nigdy nie wiemy przecież, jak ta współpraca może rozwinąć się w przyszłości?!
Dobrze jest jednak zawsze postawić sobie granicę, której nie chcemy przekroczyć za żadne pieniądze. To sprawa indywidualna. Każdy ma własną granicę, ale są i tacy, którzy nie mają jej wcale. U mnie, na dziś to praca w obszarze prasy i portali plotkarskich, które bazują na sensacji, życiu osobistym znanych osób i nierzetelnych informacjach. To „dziennikarstwo”, które mi nie odpowiada. Ale co zrobiłabym, gdybym nie miała co włożyć do garnka? Zdecydowałabym się jednak? Nie wiem. Mam dzieci.
Gdy podejmujemy się zleceń, których „do końca nie czujemy”, warto jednocześnie zaangażować się w projekty, które przynoszą nam satysfakcję i zaspokajają nasze ambicje, nawet jeśli nie zarobimy na nich zbyt wiele. I tu dochodzimy od sedna: zazwyczaj bez tych pierwszych, nie mogli-byśmy realizować drugich, ważnych dla nas.
Pisarz, Szczepan Twardoch („Morfina”) właśnie został ambasadorem bardzo znanej marki samochodowej. I co z tego? Przestanie pisać dobre książki? Nie, będzie mógł poświęcić się im bezgranicznie.
Na co dzień zajmuję się projektowaniem tkanin i szyciem poduszek dekoracyjnych do wnętrz. Do każdego projektu/zlecenia podchodzę indywidualnie i moje prywatne emocje, czy moja ocena nie ma tutaj najmniejszego znaczenia. Staram się to rozdzielać. Moim zadaniem jest stworzyć taki wzór tkaniny i uszyć taką poduchę, która sprawi, że mój klient w swoim domu będzie czuć się wyjątkowo. I na tym się właśnie skupiam. Jeżeli moim zdaniem to, co życzy sobie klient nie pasuje do jego wnętrza to zawsze delikatnie wyrażę swoją opinię i zaproponuję inne rozwiązanie, ale to do klienta należy ostatnie zdanie. Nie wszystko, co tworzę dla innych musi mi się podobać. W końcu ile ludzi, tyle gustów. Jeżeli potrafimy uszanować tą odmienność, to na pewno będziemy mieć satysfakcję z każdego zlecenia
Zuza Pikiel / IDEAPROJEKT
Co zrobić ze zleceniami, które dają pieniądze, ale nie przynoszą satysfakcji?
Cieszyć się z nich!
Każde zlecenie, niezależnie od tego, czy trafia w nasze gusta czy nie, jest krokiem do przodu.
Tak naprawdę nie ma słabych projektów- z absolutnie każdego można coś „wycisnąć”. Dla obu stron- klienta i projektanta- najważniejszy jest efekt końcowy. Jakość projektu zależy od wielu czynników, ale to nastawienie projektanta jest tu kluczowe. Jeśli zaczyna się współpracę, porównując ją do „grania do kotleta”- trudno będzie z tego stereotypu wyjść.
Dla nas najważniejsza jest dobra współpraca- kontakt z Inwestorem, jego potrzeby. Staramy się to ubrać w maksymalnie dobrą jakość. Projekt nie musi być modny, nie musi wpisywać się w aktualne trendy pokazywane w magazynach, bo nie każda realizacja jest na pokaz. Najważniejsze dla nas są ponadczasowe rozwiązania, które sprawiają, że projektowane przez nas wnętrze czy budynek są funkcjonalne i spełniają wymagania ich odbiorców lub mieszkańców. Pracując nad wnętrzem mieszkalnym, musimy pamiętać o tym, że nie tworzymy wnętrz pod siebie, ale przede wszystkim dla Inwestora, przyszłego użytkownika, dla którego niejednokrotnie ma być to nie tylko mieszkanie, ale przede wszystkim dom.
A pieniądze? Każde pieniądze zdobyte na takim zleceniu pomagają nam rozwijać nasz biznes- nie boimy żadnych zleceń i każde traktujemy jako nowe doświadczenie i wyzwanie :)
Poza tym- jakby nie patrzeć- każdy projekt może się spodobać komuś innemu, albo zadowolony klient od zamówienia może polecić nas innym! I tego za każdym razem sobie nawzajem życzymy.
Jeśli mam być szczera to unikam takich zleceń jak ognia, ponieważ kiedyś tego typu praca spowodowała u mnie wypalenie zawodowe. Dziś staram się nie podejmować takich zleceń, ale oczywiście na początku freelancingu nie mogłam być tak wybredna. Stosowałam wtedy różne patenty na umilenie sobie pracy i wykonywałam zadanie możliwie jak najsprawniej aby szybko mieć je za sobą.
Szukam pracy, bo potrzeba pieniążków by przeżyć i utrzymać rodzinę. Mam w obowiązku zapewnić byt finansowy. Szukam, kombinuję, pytam się – aż tu nagle jest coś, niby drobnego, ale od 1go do 1go nam wystarczy. Pierwszy tydzień jest ok nawet to polubiłam. Z każdym kolejnym dniem jest nawał pracy i robię to tylko dlatego że wiem, że muszę utrzymać rodzinę. Z biegiem roku mogę spokojnie powiedzieć że nienawidzę swojej pracy, ale muszę pracować. Bo po pierwsze mamy takie czasy, że innej nie znajdę, dlatego że mam szkołę adekwatną do tego rodzaju robót. Chciałabym zmienić, owszem, ale to się wiąże z doszkalaniem, a na to nie ma ani czasu ani pieniędzy, każdą sekundę zabiera mi praca, a czas wolny poświęcam rodzinie, pieniążki też muszę przeznaczyć dla nich. Więc nic nie poradzę, muszę pracować tu gdzie jestem, bo na odważny krok ucieczki za granicę nie mam odwagi. W moim przypadku zlecenia, które nie dają satysfakcji, za to dają pieniądze są zawsze cenne, ważna jest dla mnie możliwość utrzymania rodziny, po prostu.
To zależy :). Jeśli chcemy, by nasz blog nie stał się słupem reklamowym, na którym zobaczymy wpisy reklamowe śrub do felg aluminiowych, ale także o kocyku dla przedszkolaka, to jasne, hajs się musi zgadzać. Natomiast jeśli chcemy zachować swój styl, pomysł na bloga, to raczej bez satysfakcji z otrzymanego zlecenia się nie obejdzie. Nawet jeśli kasa będzie kusiła. Może być też inaczej. Może być tak, że z początku nie widzimy potencjału w produkcie/usłudze, które mamy opisać, ale po głębszej analizie wszystkich za i przeciw albo po prostu widząc maślane oczy dziecka na widok rowerku lub szczwany uśmiech małżonka na widok ulubionej książki – dlaczego by nie sprawić im radości, poświęcając jedynie swój czas i kawałek swojego miejsca w sieci ?
Ważne jest aby od samego początku naszego działania tak kreować wizerunek marki żeby trafiały nam się zlecenia przynoszące nam nie tylko pieniądze ale również satysfakcje. Musimy wiedzieć do kogo kierujemy naszą ofertę i kim będą nasi klienci. Warto zrobić kilka projektów za darmo do własnego portfolio, wyjść z propozycją współpracy do klienta z którym chcielibyśmy współpracować. A jeśli już trafi nam się zlecenie które niekoniecznie przyniesie nam satysfakcję, ale będą z tego pieniądze, warto zastanowić się, czy nie uda nam się zrealizować tego w inny, niebanalny sposób. Liczy się kreatywność, po to, aby obie strony były zadowolone z efektów współpracy.
Ewa Gutmańska-Gralak / EWENEMENT
Nie unikam takich zleceń, ale staram się wyceniać je zawsze wysoko. Wtedy wiem, że jeśli klient zdecyduje się powierzyć zadanie komuś innemu, przyjmę to bez żalu, a jeśli zaakceptuje moją ofertę – będę pracować z pełnym zaangażowaniem.
Zlecenia-chałturki to dla mnie także idealna okazja, by wyjść z laptopem w teren, popracować na bulwarze lub w kawiarni. W przypadku takiej „rzemieślniczej pracy kreatywnej” (jestem copywriterką), moje myśli poruszają się po udeptanych szlakach, więc gwar czy wiatr nie przeszkadza w koncentracji.
Zachęcam też, by nie uprzedzać się do żadnych briefów (że tak szumnie określę jednozdaniowe zamówienia, którymi zwykle są chałturki :) Tak naprawdę niewiele jest zleceń, z których nie da się zaczerpnąć niczego pozytywnego. Jeśli nawet przedmiot pracy jest błahy i niesatysfakcjonujący, relacja z klientem może okazać się sympatyczna, miejsce spotkania – ciekawe, albo np. realizacja zlecenia pozwala odświeżyć obsługę programu, z którego dawno nie korzystaliśmy. Warto wychwytywać takie akcenty i nie zrażać się – wszyscy wiemy, że czasem praca w branży kreatywnej przebiega do kotleta, nie – do Kotlera :)
Myślę też, że dla własnego samopoczucia, dobrze jest przyjąć zasadę: nawet jeśli to dwusetna ulotka kliniki dentystycznej, niech będzie to najbardziej pomysłowa, błyskotliwa, wywołująca uśmiech (sic!) ulotka kliniki dentystycznej na świecie. Własna ambicja ratuje, gdy czujemy, że przedmiot pracy nie stanowi wyzwania :)
Na szczęście takie zlecenia zdarzają się rzadko, ponieważ lubię swoją pracę – jestem architektem i praca w tym zawodzie to dla mnie idealne miejsce. Bywa oczywiście tak, że wnętrze, które mam do zaprojektowania wymaga w minimalnym stopniu mojej ingerencji lub klient ma wyraźną wizję niezgodną z moimi przekonaniami. Co ja robię z takimi zleceniami? Jeżeli już je przyjmę to wykonuję je najlepiej jak potrafię, próbując przekonać do swojej wizji inwestora – z reguły mi się to udaje i nieobiecujące zlecenie przynosi jednak nieco satysfakcji. Czasem efekt jest daleki od zadowalającego ale klientowi odpowiada, co też jest swego rodzaju sukcesem. Na naszej stronie nie publikujemy realizacji odbiegających od standardów, które same sobie wyznaczamy, a wszystko dlatego aby konsekwentnie dążyć w wyznaczonym kierunku. W naszej branży nie zawsze można przewidzieć końcowy efekt – nieobiecujący projekt małej łazienki może okazać się dużo lepszy niż restauracji, a wszystko zależy to od porozumienia z klientem. Jeżeli nasz zespół nadaje na tych samych falach co inwestor wtedy nie istnieje pojęcie „niesatysfakcjonujący efekt”. Osobom pracującym w branży kreatywnej radzę przykładać się nawet do małych, z pozoru skromnych i nieistotnych zleceń, bo efekt może okazać się całkowitym zaskoczeniem.
Dla mnie wszystko zależy od tego w jakiej sytuacji finansowej freelancer aktualnie się znajduje. Jeśli nie ma się pozycji uprzywilejowanej, czyli takiej, w której to my możemy przebierać w zleceniach i wybierać te, które nam pasują, to raczej chwytamy się wszystkiego po to, aby zarobić, a nie dla satysfakcji, niestety. Jeśli jednak mamy ten komfort psychiczny, że na koncie trochę się uzbierało i przeżyjemy „do pierwszego” kolejnego miesiąca, to rzadko wybieramy mało satysfakcjonujące projekty. Prawdą jednak jest, że każde zlecenie, czy to wymarzone, czy to pod klienta, daje nam możliwość rozwoju, nauczenia się czegoś nowego, nabrania doświadczenia i nawiązania nowych znajomości, powiększenia grona odbiorców. Dlatego na początku może warto brać wszystko? Może dzięki temu zleceniu, które tak bardzo nam się nie podoba i tak bardzo nam nie leży kiedyś dostaniemy szansę zrobienia czegoś, co będzie dla nas ważne, wartościowe i będzie nam sprawiało dziką satysfakcję :)
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeżeli dane zlecenie nie jest totalnie w twoim klimacie to lepiej go nie brać. Warto budować wiarygodne portfolio oparte o własne preferencje stylistyczne. Jeżeli bardzo potrzebujesz tych pieniędzy, a zlecenie nie odbiega bardzo od twojego docelowego targetu to zepniesz pośladki i wykonasz to zlecenie bo przecież to twoja praca. Zawsze możesz nie dodać tego konkretnego zlecenia do portfolio. Możesz również wykonać tą najprzyjemniejszą część zlecenie, a na resztę poszukać podwykonawcy i tylko monitorować przebieg jego prac. Wtedy możesz łapać kolejne zlecenie, z którego już będziesz mógł czerpać pełną satysfakcję.
A jak to wygląda u Was? Twarde zasady, 100% satysfakcji i mocna selekcja zleceń, czy raczej elastyczność i potrzeba stabilizacji finansowej?
/Bardzo, bardzo dziękujemy naszym czytelnikom freelancerom za ich wypowiedzi! Kłaniamy się w pas!/




2 Comments
Grafikę robię od 12 lat. Niestety, jeżeli obsługujemy bardzo dużo klientów, większość z nich (szczególnie ci mniejsi), będą chcieli po swojemu. Przyniosą nam ulotkę, wizytówkę czy zdjęcie baneru który gdzieś tam zobaczyli i powiedzą, że chcą tak samo tylko jeszcze bardziej „skoprzyć ten projekt”.
Klient, który rozumie, że grafik nie po to się uczy by ktoś mówił mu co ma robić, jest na wagę złota i takich klientów szanuję najbardziej. Tego typu klient również częściej zostawia napiwki i docenia detale, które są istotne.
Co do samego projektowania dla pieniędzy. Nauczyłem się projektować na potrzeby normalnych klientów i na potrzeby „patologii” sorry, inaczej tego nazwać się nie da. Plusem w tym wszystkim jest to, że nie każdy łyknie projekt zrobiony profesjonalnie, będzie wymagał tęczy i innych pierdół, jednak wiele osób udało mi się przekonać by tej oczojebnej tęczy nie wieszali w centrum i nie szpecili miasta, a poszli w profesjonalne reklamy.
Ale jak już wspomniałem – czym mniej pieniędzy ma klient, tym większą krzywdę robi sobie sam realizując projekt, na który patrzeć się nie da.
Ale ale – chwila. Mamy tu też drugie dno.
A drugie dno jest takie. Kiedy w wyszukiwarkę wklepiemy „pomysł na biznes” na tysiącu stron odnajdziemy info, że założenie agencji reklamowej to najprostszy biznes na świecie, na start którego nie potrzebujemy ani pieniędzy ani lokalu, ba nawet w niektórych dowiemy się, że umiejętności są niepotrzebne.
Jako, że sam zajmuję się od wielu lat reklamą, doskonale wiem na ilu kursach byłem, ile książek przeczytałem, jak wiele wiedzy posiadam nie tylko z dziedziny grafiki, ale i marketingu, a wiadomo ta wiedza dla projektanta jest tak samo potrzebna jak woda dla ryby.
Wiele ludzi otwiera firmy reklamowe, czytając krótkie kursy i ucząc się podstawowego projektowania, bez wiedzy o kolorach, o przystosowaniu do druku. Bez wiedzy o tym czym są krzywe i dlaczego logo warto robić właśnie ich używając. W ten sposób powstają takie „kolorowe” projekty, które niby mają przyciągać uwagę. Czy przyciągają – tak, na pewno przyciągają uwagę innych grafików, którzy nawet napluć na taki projekt nie chcą widząc go na mieście.
I w ten sposób powstała taka moda. Że przychodzi biedny przedsiębiorca i zamiast wydać 1000zł na piękną, ekskluzywną reklamę, nad którą ktoś kto ma dobrze rozwinięty zmysł estetyczny się zastanowi, a mało tego zauważy ją każdy bo będzie profesjonalnie wykonana, ten woli kupić baner za złotych 15 w promocji, nadać mu te wszystkie gejowskie barwy, do całości dorzucić 30 zdjęć, bo przecież „łożyska” świetnie prezentują się na plandece, dorzucić jeszcze z 4 numery telefonów i dwa adresy e-mail, czasami zdarza się, że taki delikwent ma sąsiada, który zajmuje się zupełnie inną branżą, ale co tam – dorzucimy i reklamę sąsiada bo on zrobi to samo ze swoją.
Efekt – to jest jedynie antyreklama. Zrobiłem trochę offtop. Jak sobie radzę – radzę sobie tak, że coraz częściej odmawiam burakom, jestem już zmęczony strzępieniem języka. Kiedyś, edukowałem – więc dziś, mam świadomość, że na pewno dzięki mnie, te kilkaset reklam nie zepsuło pewnych miejsc i zostały wykonane zgodnie z moimi wytycznymi – nie klienta.
I jak ktoś wspomniał w komentarzu – praktycznie z każdego projektu da się coś wyciągnąć – trzeba chcieć !
Dziękujemy za taki wyczerpujący komentarz :) Niestety masz rację – najczęściej im mniejszy budżet tym mniej swobody ma projektant, a 3 numery telefonów, fax, e-mail z końcówka wp.pl, czy onet.pl na reklamie 150×100 to smutna rzeczywistość. Na szczęście ja znajduję klientów – perełki i mam nadzieję, ze tendencja będzie tylko wzrostowa, czego i Tobie życzę.